Małe co nieco o krytyce – a co, pokrytykować sobie nie można?

Z zamiarem klepnięcia tekstu o krytyce nosiłem się od pewnego czasu. Krytyka to pożyteczne narzędzie, które znajduje zastosowanie w obszarach gdzie bulgoce od kreatywności, więc jak najbardziej odnosi się do każdego rodzaju scenowej aktywności (ale nie tylko). Krytyka pozwala laikom odróżnić prawdziwe wartości od pozornych, ulepsza już powstałe dzieła, motywuje krytykowanych do jeszcze intensywniejszej pracy itd. Długo by można wymieniać, bo jej błogosławione właściwości są bardzo rozległe ale to jeszcze nic, bo dzisiaj na szczęście mamy już Krytykę 2.0. Krytyka 2.0 to moc tysięcy serwerów zaprzęgnięta do usprawnienia pracy intelektualnej niezliczonej liczby szarych komórek w prawdziwym tsunami mózgów, które, powyżej napomknięte zaledwie zjawiska, zwielokrotnia niewyobrażalnie ku wspólnemu pożytkowi i skuteczności. Hm, hm… czy aby?

Fat Agnus 3

Przeglądając wydanie numer 3, starego, amigowego magazynu dyskowego Fat Agnus natrafiłem na tekst, który pomimo osiągnięcia pełnoletności wcale się nie zestarzał, a w zasadzie to nawet nabrał nowej wartości. Po cóż miałbym więc powielać tezy, z którymi w dużej mierze się zgadzam, wymyślać ilustrować przykładami dla podbudowania argumentacji, kombinować parabolki tak, żeby się przypadkiem ktoś nie obraził ;)… dobra, prawda jest taka, że moje lenistwo bardzo się ucieszyło, że nie musi się wysilać – wystarczy tylko zdobyć zgodę autora, na wykorzystanie tekstu i bydzie… Po przebyciu wielu leśnych zastepów, przeskoczeniu skalnych rozpadlin i uniknięciu wielu innych, śmiertelnych przeszkód, w końcu udało się… :). Tu wielkie dzięki dla autora – szczególnie za trafny i wyważony artykuł.

Co do samego tekstu: po latach, kontekst nie jest tu specjalnie istotny dla jego esencji i wynika w zasadzie z treści ale dla osób młodszych lub mniej zorientowanych, aczkolwiek zainteresowanych, pozwolę sobie tytułem wprowadzenia nadmienić, że znajdujący się poniżej artykuł to pisana klawiszem Liftera, a zamieszczona w amigowym magazynie dyskowym Fat Agnus nr 3 wydanym w 1991 roku, recenzja równolegle ukazującego się magazynu Ala Ma Kota.

Zastanawiałem się czy, i ile tekstu skrócić ale ostatecznie uznałem, że nadmierna wycinka pozbawić może go sporo ze scenowej folklorystyki, która jest dzisiaj na swój sposób urokliwa. Wyciachałem tylko część wcześniejszą, która do tematu w żaden sposób nie nawiązywała. Pozwoliłem go co nieco dotłuścić celem ułatwienia poczytalności tekstu. Tu dość smęcenia – przechodzimy do właściwego tekstu:

Fragment artykułu „O wszystkim i o niczym” z magazynu Fat Agnus nr 3

Konkurent(ka?) FATa, gdyńska (gdańska) ALA MA KOTA też nie próżnowała. Ta gazeta jest całkiem całkiem. Staranne opracowanie graficzne i muzyczne to duży plus dla nich. Podobnie jak duże wyraźne fonty i w sumie zerowa ilość byków (literówek czyli „czeskich” błędów praktycznie uniknąć się nie da). Pomysł z „Promocjami” muzycznymi – palce lizać. Co do zawartości ALI – przypomina ona nasz magazyn ale z nastawieniem bardziej rozrywkowym i branżowym. Zawiera ta gazeta kupę  rozmaitych list przebojów, opisów gier, klasyfikacji grup hackerskich, rankingów popularności itp. itd. Sporo też ciekawostek niekoniecznie związanych z komputerami (np. jak dzielni kosmonauci robią siusiu – i nie tylko – w warunkach nieważkości… ) I dotąd gazeta mi się podobała. Natomiast nie podobał mi się kącik, w którym panowie z redakcji „dokładają” swoim rzeczywistm i urojonym wrogom. Dlaczego niby mam nie lubić „wszystkich używających RSI DEMO MAKER„? Czy dlatego, że są mniej zdolni od członków redakcji ALI? No to na tej samej zasadzie moglibyście panowie umieścić tam wszystkich, którzy np. są niżsi niż 1.75 m lub nie piją  pysznego „Heweliusza” (mniam…). I nie trafia do mnie argument, że są to lamerzy, których trzeba gnębić. Po prostu są to ludzie może mniej zdolni, może bardziej leniwi od JOKER‚owców… a pewnie też tacy, którzy używają komputera do nieco innych celów niż kodowanie i uważają (słusznie), że aby zrobić  j e d n ą  czołówkę to nie ma sensu siedzieć miesiącami i pisać  własne oryginalne procedury. Zresztą wszystkim użytkownikom RSI składam swe wyrazy uznania – 5 minut kontaktu z tym programem wystarczyło bym na jego wspomnienie dostawał dreszczy. Jeśli więc wy mimo wszystko go używacie… Podziwiam was. Ale wracajmy do mej oceny gdyńsko-gdańskiej gazety. A dokładniej mówiąc wroćmy do miejsca, które mi się nie spodobało. Już samo określenie tego kącika jako „kolejki do czyszczenia sracza” (albo coś  w tym stylu, cytuję z pamięci) wystarcza bym wybaczył wymienionym w nim ludziom obicie kilku nadmorskich redaktorów. Bo ta nazwa ani śmieszna, ani „jajczarska”, a po prostu nieco chamska. Co oczywiście nie oznacza, że namawiam wszystkich użytkowników RSI DEMO MAKERA oraz innych wymienionych do wyjazdu na Wybrzeże z zamiarem wycięcia w pień  wszystkich ludzi związanych z ALą! A i we Wrocławiu znalazło by się pewnie kilku chętnych na taką krucjatę… Ot, choćby członkowie grupy ZACK TEAM, zjechani niemiłosiernie za TELEEXPRESS DEMO. Zarzuty są takie, że demo jest cieniaste i nie wytrzymuje porównania z zachodnimi produkcjani. I faktycznie: demo jest cieńkie i nie wytrzymuje. Ale czy rzeczywiście jest to powód by rąbać w ZACKÓW z dział dużego kalibru? Tak Bogiem a prawdą to i produkcje JOKERa, na pewno stojące na dużo wyższym poziomie niż TELEEXPRESS, nie są  chyba europejską  pierwszą  ligą. Skąd więc te odrobinę pogardliwe i protekcjonalne klepanie po plecach? Oprócz tego nie uważam za słuszne publiczne łajanie ludzi za to, że im się chce… (robić dema). Droga do doskonałości to nieustanne ćwiczenia, pot i trud – wbijał mi kiedyś do łba mój instruktor walki wręcz. A nic tak nie zachęca do ćwiczeń jak pochwała – choćby nawet najmniejsza, choćby nawet za dobre chęci… To rzecz jasna nie znaczy, że trzeba chwalić każdego gniota i nie wolno krytykować tego, co na krytykę zasługuje. Otóż nie tylko wolno ale i trzeba, lecz trzeba robić to w taki sposób by zachęcać a nie zniechęcać ludzi do siebie i do tego co robią. Posłużę  się przykładem: do jakiego dentysty chętniej się wybierzecie? Do faceta, który ciśnie was na fotel chwytem judo, przygniecie kolanami i ciosem klucza francuskiego wybije wszystkie zęby wraz z tym bolącym, czy też do kulturalnego gościa, który was przedtem znieczuli, grzecznie usadzi w fotelu, zrobi co trzeba, a potem pogłaszcze po główce i pochwali za bohaterskie zachowanie (choćbyś nawet tam pięć razy mdlał i dwa razy uciekał). Oczywiście nie muszę zgadywać jaki jest wasz wybór. (Tym kilku klientom, co wybrali pierwszego stomatologa radzę by poszli się leczyć – ale nie u dentysty). Do czego piję? Nietrudno jest kogoś skopać gdy się jest silniejszym. Ale oprócz satysfakcji pod tytułem „ale im dokopaliśmy” taka działalność powoduje spore szkody. Póżniej początkujący koder, grafik, muzyk, pięć  razy pomyśli nim siądzie do klawiatury. No bo po co? Straci parę dni życia, głowa go rozboli od kombinowania, a oczy od monitora, zaś efekt męki rzecz jasna będzie daleki od doskonałości, cieniasty i nieporównywalny z zachodnimi demosami. A niby jaki może być? Pomijając takich Mozartów klawiatury, którzy już w dwa dni od kupna komputera tworzyli arcydzieła (ale ilu jest takich geniuszy? 1:1000) to cała reszta narodu zaczynała od płodzenia bubli. I Bóg wie ilu zdolnych ludzi zniechęcono ostrą a przedwczesną krytyką. Toż dużo bezpieczniej i przyjemniej wrzucić sobie COMMANDO czy jakie pornodemo, albo w cholerę wyłączyć komputer i iść na basen. A potem czytam lamenty naszych komputerowych asów, że polska scena nędzna, że brak ludzi, że nie ma demosów… A kto jest temu winien? Czy rzeczywiście potrafimy tylko grać, handlować programami i gnębić konkurencję?

Dlatego apeluję: Panowie! Więcej umiaru, życzliwości, wyrozumiałości! Kiedy trzeba – dokopać, ale i pochwalić gdy jest choćby cień tego, co na pochwałę zasługuje! Oprócz kija używać i marchewki! Krytykować – to może znaczyć także wytyczać prawidłową drogę, korygować błędy… coś jak relacja między mistrzem a uczniem, jakby starszy brat wziął młodszego za rękę… Tymczasem panuje u nas takie jakieś przekonanie, że krytyka jest dobra wtedy gdy krytykowany ma ochotę zapaść się pod ziemię i pochlastać. To jakby relikt młodzieńczych lektur o Indianach; dzielny wojownik to taki, który z dumą potrząsa krwawym skalpem. Tymczasem niewielu z was pewnie wie, ale Indianie uważali za dużo bardziej bohaterskie i honorowe darowanie życia przeciwnikowi będącemu na łasce i niełasce zwycięzcy. Dlatego rzucam hasło – panowie, bądźmy Indianami! Stwórzmy plemię przyjaciół, nie wykańczajmy się wzajemnymi atakami, a jest szansa że pokażemy tym zadufanym zachodniakom, że Polak (cholera) potrafi!

HOWGH!
LIFTER „Kamienna twarz”

Ps. Gwoli wyjaśnienia: 1. Nie mam nic przeciwko JOKERom i ALA MA KOTA (przeciwnie, cenię ich i lubię). 2. Nie należę do ZACK TEAM i nie tworzyłem TELEEXPRESS DEMO. (moja znajomość Zackowców sprowadza się do mijania się przy wejściu na giełdę. Tym niemniej ich też lubię. Ja w ogóle wszystkich lubię.) 3. Nie używam RSI DEMO MAKER więc nie poczułem się osobiście dotknięty propozycją czyszczenia sracza. 4. Nie jestem żydem, komunistą, onanistą, masonem, agentem KGB, Arabem, Murzynem, zaplutym karłem reakcji i tym wszystkim innym, co wymyślać będą przeciwnicy tez zawartych w tym artykule (a co pominąłem). 5. Czy ten tekst pisałem serio? Sam nie wiem. Gdy siadałem do klawiatury miałem chęć stworzyć coś w miarę krótkiego, w miarę śmiesznego i w miarę mądrego. Już w tej chwili widzę, źe nie jest toto krótkie. A czy śmieszne i mądre?… Ocenicie sami.

 

Tyle Lifter. Cóż można na koniec dodać? Czy wiele zmieniło się przez te 20 lat? Czy technologia i Internet zmieniły wiele  w kwestiach takich jak podejście do cudzego wysiłku? Na ile internetowa swoboda przyczyniła się do powstania nowych, lepszych produkcji scenowych. Na ile sami sobie uświadamiamy w jaki sposób nasze prawo do wyrażania własnych opinii w Internecie na każdy możliwy temat wywołuje efekt pozytywnego wzmocnienia? Na ile scenowa brać upodobniła się przez te lata do Indian? Jakkolwiek byśmy sobie prywatnie na postawione pytania odpowiadali, warto pamiętać, że nigdy nie jest za późno aby spróbować. Po raz pierwszy, drugi, piąty, dziesiąty… itd. :)

6 komentarzy Małe co nieco o krytyce – a co, pokrytykować sobie nie można?

Leave a Reply